Dawno temu, w cichej wiosce, żył sobie Maciej, spokojny i pracowity rolnik, który miał jednak nieszczęście żyć obok zazdrosnego sąsiada, Wawrzyńca. Wawrzyniec, zgorzkniały i zazdrosny o plony i dobrobyt Macieja, często rzucał na niego klątwy, wykrzykując w kierunku jego domu: „Niech go licho!”
Pewnego poranka, gdy pierwsze promienie słońca przebiły się przez szpary w okiennicach, Maciej obudził się, odkrywając, że jego życie zmieniło się na gorsze. Tuż obok jego łóżka, na poduszce, siedziało małe, włochate stworzenie z wielkimi, ciekawymi świata oczami, które szeptało mu do ucha zjadliwe słowa pełne nienawiści i klątw.
To Licho, uosobienie klątw Wawrzyńca, było teraz nieodłącznym towarzyszem Macieja, podążającym za nim jak cień. W gospodarstwie zaczęły dziać się złe rzeczy: zwierzęta chorowały, rośliny usychały, a narzędzia pracy same się psuły. Wawrzyniec, zadowolony z efektów swojej złośliwości, kontynuował rzucanie klątw, a Licho rosło w siłę.
Maciej, coraz bardziej zdesperowany, szukał sposobu na uwolnienie się od złowrogiego towarzysza. Licho szeptało Maciejowi, że nigdy go już nie opuści. Jedyne co może pozbawić licha ochoty na te zabawę jest rzeka, a że Maciej nie potrafił pływać nigdy nie dotrze do tego miejsca gdzie w wodach rwącej rzeki prądy są najsilniejsze.
Zdecydowany odzyskać spokój, Maciej zbudował tratwę i pewnego mglistego ranka popłynął ku środkowi rzeki. Licho siedziało obok niego, ciągle szeptając złowieszczo. Gdy dotarli na środek, Maciej skoczył do wody z Lichem ciągle przyczepionym do jego szyi.
W tym momencie lich zaczęło dusić Macieja a po chwili, kiedy on wraz z chichoczącym lichem zniknął w zimnej toni. Po kilku godzinach dało się widzieć otrzepujące się z wody Licho z ciekawością szukające następnej ofiary.